niedziela, 6 kwietnia 2014

W drodze i w Wanace

18-19.03 

Mniej więcej w tym momencie naszej wycieczki zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli chcemy trzymać się planu i objechać całą Wyspę Południową, to będziemy się musieli porządnie pospieszyć. Więc zmieniliśmy plan na bardziej zrelaksowany. I tak przecież tutaj wrócimy ; ) 
W drodze na północ zatrzymaliśmy się na lunch w jednym z przydrożnych rezerwatów. Dowiedzieliśmy się z tabliczki w nim, że 10% powierzchni całej Nowej Zelandii jest chronionym obszarem dziedzidzctwa światowego UNESCO! Wiecie, to ta sama kategoria ochrony, którą ma Rynek i jego okolice w Krakowie...

 To są podobno jakieś wybitnie prehistoryczne krzaczki i mchy, które się tutaj uchowały.

sobota, 5 kwietnia 2014

Wodospady i świetliki

17.03

Po szlaku Routeburn, w niedzielę wieczorem wróciliśmy do Queenstown. Po mniej więcej półtora godziny jeżdżenia po hostelach, okazało się, że wszystko jest zajęte do ostatka przed poniedziałkowym Dniem Św. Patryka... No, to śpimy w aucie. Na szczęście, dobra kobieta – managerka zmiany w hostelu – pozwoliła nam u nich wziąć prysznic i zjeść ciepły obiad : ) O poranku, zaskakująco wyspani, ruszyliśmy na południe.


 takie miejsca, ze stolikiem (a czasem też toaletą) można znaleźć często :)

poniedziałek, 31 marca 2014

Routeburn Track



15.03.
O świcie ruszamy z Dunedin do Glenorchy koło Queenstown, skąd startuje nasz szlak. W Queenstown mamy odebrać bilety – miejscówki do spania w domkach. Po kilkunastu minutach w centrum (zatłoczonym niemiłosiernie), chcemy uciekać i nie wracać, całe szczęście nie musimy nic więcej tam załatwiać. Wiele osób porównuje Queenstown do Zakopanego – taka baza wypadowa w góry. Miasto znane jest też jako stolica sporów ekstremalnych w Nowej Zelandii. W związku z tym turystów masa. Klimat rzeczywiście trochę jak na Krupówkach tylko bardziej, o wiele bardziej. Opócz tego, że jest pięknie położone (w górach, nad jeziorem) zupełnie nie zachęca, żeby spędzić tam choć trochę więcej czasu niż potrzeba.

Wreszcie o 14 ruszamy na szlak. Droga do schroniska prowadzi w większości przez las. Królestwo mchu. Bazylion różnych gatunków. Do tego rzeka, wodospady i kilka mostów linowych. Świetne miejsce!


sobota, 29 marca 2014

Półwysep Otago

14.03

Jedziemy zobaczyć półwysep Otago. Podobno można tu spotkać foki i pingwiny (nuda, widzieliśmy wczoraj ;)) albatrosy, i w ogóle jest ładnie. Pani w sklepie poleciła nam pewną plażę, więc tam się udaliśmy na lunch. Jemy sobie spokojnie nasz makaron, a tam z piany morskiej wyłania się Ona...

Do Dunedin

13.03.

Do Polski pewnie nie dotarły informacje o huraganie Lucy, ale w Nowej Zelandii było o nim dość głośno przez kilka dni. Miał nawiedzić północną wyspę i zmierzać w kierunku południowej tracąc na sile.  W kontekście naszych wyczekiwanych planów wybrania się na 3-dniowy trekking w górki (miejsca w domkach na szlaku zarezerwowane trzy miesiące temu!) nie bardzo nam się te prognozy podobały. W dodatku Jeremy (alpinista, członek górskiej ekipy ratunkowej) mówi nam, że na naszym miejscu już by odwołał wycieczkę. No i nie ma z czym dyskutować za bardzo. Przełykamy frustrację i odwołujemy dojazd na szlak. Domków nie, bo i tak nam nie zwrócą kasy, ani centa, chyba, że pogoda sprawi, że zamkną szlaki. Więc na to liczymy.

A póki co udajemy się z Oamaru do Dunedin, miasta nazywanego drugim Edynburgiem, bo na nim było wzorowane. Na drogę dostajemy od Jeremy’ego listę punktów do odwiedzenia. Cel na dziś: zobaczyć foki i pingwiny.


wtorek, 25 marca 2014

Oamaru

Jeremy okazał się być świetnym hostem i bardzo ciekawym człowiekiem. Jest o kilka lat starszy od nas, mieszka w Oamaru, jest informatykiem, gra na perkusji, lubi wspinaczkę skałkową, należy do klubu alpinistycznego. Całym sercem kocha swój kraj i swoje codzienne życie. Dobrze spotkać kogoś takiego na swojej drodze.
A ponieważ Jeremy dobrze zna swoje okolice i chętnie dzieli się tą wiedzą, plan wycieczki na cały dzień mieliśmy zapewniony.

 [Owce z Nowej Zelandii pozdrawiają Owcę z Lędzin]

Pukaki, Aoraki i inne maorysko brzmiące miejsca

Po zwiedzaniu Christchurch pojechaliśmy na noc do Pleasant Point (The name says it all), miasteczka zamieszkałego przez 400 osób. Nocowaliśmy u Carla - myśliwego. Na ścianach poroża i inne trofea. Okazuje się, że w Nowej Zelandii sporo osób poluje. Zdobycie licencji jest super proste – trzeba podpisać papierek, że chcesz polować w danej okolicy i zanieść go do urzędu. I tyle. Rząd tylko określa, ile możesz zwierzyny sobie ustrzelić dziennie. Carl miał pełny zamrażalnik mięsa z walabii, ale nie mieliśmy okazji spróbować...

Następnego dnia ruszamy do Oamaru, ale okrężną drogą, żeby trochę pozwiedzać.