We wtorek bladym świtem zjawiliśmy się na lotnisku w
Melbourne, żeby polecieć ok. 800 kilometrów na północny-zachód, do Adelajdy.
Adelajda to stolica i największe miasto stanu South Australia. Hasłem tego
stanu jest ‘The Festival State’, które odnosi się do ich największego
wydarzenia kulturalnego – Fringe Festival. Skojarzenia z Edynburgiem, który też
posiada taki festiwal są jak najbardziej na miejscu, też podobno jest tutaj
masa artystów ulicznych i wiele się dzieje.
I dlatego gdzieś z tyłu głowy miałem wyobrażenie, że
Adelajda będzie trochę jak Edynburg i Melbourne, ze swoim klimatem, charakterem
i wieloma rzeczami do zobaczenia. Rzeczywistość okazała się trochę inna...
Nasz pierwszy spacer po Adelajdzie był trochę dziwny – szukaliśmy skrytki bagażowej na nasze plecaki. Obładowani jak wielbłądy szliśmy z przystanku do stacji kolejowej, i po drodze najbardziej zauważalna była ‘nijakość’ tego miasta. Niby jak w Melbourne, trochę starych budynków wymieszanych z biurowcami, ale budynki jakieś przeciętne, biurowce niewysokie... Ludzi na ulicach niedużo, turystów prawie w ogóle. Nieszczególnie się to zapowiadało.
[przykład 'fascynującej' architektury ;)]
Aż do momentu, kiedy znaleźliśmy prawdziwe centrum miasta – targ Central Market. On był wszystkim, czym Victoria Market w Melbourne miał być! Czysty, smakowicie pachnący, bez tłumów...
Można tam było dostać różne fajne rzeczy, a najdziwniejsze
produkty posiadało stoisko Something Wild – na przykład wędzonego krokodyla i
szaszłyki z mięsem emu, alpaki, kangura i czegoś tam jeszcze! Niestety, nie
udało nam się nic spróbować, bo przyszliśmy już po godzinach jego otwarcia :(
Dalsze zwiedzanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że w
Adelajdzie raczej popróbujemy jedzenia niż pooglądamy architekturę. Ulice na
planie kwadratu, przecinające się pod kątem prostym – nuda. Park z grzecznym
trawniczkiem – w porządku, ale zdecydowanie nie zachwyca jak Botanic Gardens.
Mają dosłownie jedną ładną ulicę, której przejście zajmuje jakieś 15 minut. Za
to główna ulica handlowa roi się od knajpek najróżniejszego rozmiaru, klimatu i
półki cenowej – tutaj na pewno każdy znajdzie coś dla siebie! My jednak
postanowiliśmy skorzystać z uroków Marketu, i na obiad zrobiłem burgery z baraniny
ze smażonym bakłażanem i świeżą bazylią w bułce sezamowej ; )
W związku z tym, że miasto nas nie zachwyciło,
postanowiliśmy zmienić plany i pojechać na plażę. To był strzał w dziesiątkę!
Cudny piasek, spokój i najlepsze fish and chips (and shrimps, and calmari;),
jakie kiedykolwiek jedliśmy!
Trzecią świetną rzeczą, którą zobaczyliśmy w Adelajdzie
trochę przypadkiem było Museum of South Australia, z największą na świecie
kolekcją artefaktów aborygeńskich. Zafascynowała mnie tam ich kultura i mitologia,
ale niewiele jeszcze o tym wiem. Jak uda mi się pożyczyć z biblioteki książkę o
tym, to napiszę coś więcej!
Ostatecznie, Adelajda zrobiła na nas wrażenie niedużego,
trochę wyblakłego miasta, gdzie życie toczy się raczej leniwie. Poza festiwalem
niewiele się dzieje, a ludzie siedzą w knajpkach lub na plaży, jedzą i popijają
wino – i jest im z tym dobrze. Z drugiej strony, widać, że zaczyna się tutaj
dziać coś w stronę zbudowania jakiegoś konkretnego charakteru miasta. Tutaj
buduje się ładna stacja tramwajowa, tam ciekawy biurowiec, a za rogiem kawałek
street artu i nowa rzeźba. Wyjechaliśmy stamtąd z pełnym brzuchem pysznej tarty
ze słodkimi ziemniakami, i poczuciem miasta ‘in progress’.
[k]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz